Kiedyś przy każdym domu znajdował się ogród, gdzie w sezonie można było zrywać słodkie, dojrzałe owoce. Najczęściej zjadano je z krzaczka „prosto do gymby”.

Czasami zbierano owoce do żboneczka (dzbaneczka) albo gorczka (blaszanego garnuszka) i przynoszono do domu. W czasach, kiedy sklepowe słodycze nie były dostępne, owoce stanowiły zwłaszcza dla dzieci, nie lada maszket, czyli słodki przysmak. Jednocześnie ludzie wiedzieli, że oprócz walorów smakowych, rodzime owoce są zdrowe i stanowią tak wskazane urozmaicenie w diecie. Dziś chętnie zjadamy różnego rodzaju desery owocowe. Choć kiedyś ten zwyczaj kulinarny nie był znany, warto przygotować soczystą i orzeźwiającą sałatkę z rodzimych owoców. A i dodatek szlagzany, czyli bitej śmietany, nie zaszkodzi…

Deser owocowy z sezonowych owoców. Fot. Anna Lerch-Wójcik
Deser owocowy z sezonowych owoców. Fot. Anna Lerch-Wójcik

Marmolady, soki, kompoty

Krajobraz śląskiej wsi nie może obyć się bez charakterystycznych sylwetek drzew owocowych. Gospodarze sadzą je w sadach, przy domach i w przydomowych ogródkach, na miedzach i przy polnych drogach. Najpopularniejszymi drzewami owocowymi są jabłonie, śliwy, grusze, czereśnie i wiśnie. Wiosną drzewa te czarują swoim białym i różowym kwieciem oraz miodnym zapachem, zaś latem i jesienią częstują bogatym urodzajem dojrzewających owoców. Współcześnie, głównie ze względu na brak czasu, coraz rzadziej Ślązacy zaprawiajom owoce w krauzach, czyli w słoikach. Kiedyś latem obowiązkowo przetwarzano owoce na marmelady, zofty (soki) czy kompoty, by przez cały rok można było korzystać z dobrodziejstw smakowych i zdrowotnych darów natury. 

W sezonie do obiadu na bieżąco szło warzić kompoty z dostępnych owoców: truskawek, czereśni, malin, agrestu, porzeczek, jabłek, brzoskwiń, dyni czy jagód, nazbieranych w lesie. Zwyczajowo do śląskiego obiadu – zwłaszcza świątecznego – zawsze podawano kompot.

Pozimki, wieprzki, świyntojonki

Od maja do września zbierano kolejno owoce: maliny, pozimki (truskawki), cześnie (czereśnie), borówki (jagody), wieprzki (agrest), świyntojonki (czerwoną porzeczkę) i czorno porzeczka (czarną porzeczkę), papiyrówki (papierówki; odmiana wczesnych jabłek)), wiśnie, śliwki, gruszki, firzichy (brzoskwinie) i późniejsze odmiany jabłek.

Agrest nazywany jest na Śląsku wieprzkami. Jest on gruby (bachraty) i ma włoski (je ciciaty), dlatego kojarzy się z wieprzkami, czyli świnkami ;)

Agrest, nazywany na Śląsku wieprzkami. Fot. Anna Lerch-Wójcik
Agrest, nazywany na Śląsku wieprzkami. Fot. Anna Lerch-Wójcik

Jako jedna z pierwsze wiosennych nowalijek pojawia się rabarber, czyli rabarbar. Choć nie jest owocem, to gospodynie przygotowują z jego grubych, kwaskowatych łodyg pyszne kompoty i ciasta.

 

Kompot z rabarbaru. Fot. Anna Lerch-Wójcik
Kompot z rabarbaru. Fot. Anna Lerch-Wójcik

Papierówki na apfelmus i do kołocza

Jabłonie to najbardziej popularne drzewa owocowe, znane na terenach dzisiejszej Polski od czasów prasłowiańskich. Ich owoce spożywano kiedyś najczęściej w stanie surowym. Na zimę gromadzono spore zapasy jabłek i przechowywano je w chłodnych piwnicach na deskach, trocinach lub w stodole w sianie.

Z wczesnej odmiany jabłek – papiyrówek gospodynie chętnie robią apfelmus, czyli mus z jabłek, który zjada się na śniadanie – najlepiej smakuje na pszennej bułce, strucli lub kromce świeżego chleba. Apfelmus idealnie smakuje też zapiekany z ryżem, z dodatkiem cynamonu, cukru i przyrumienionym masłem. Jabłkowy przysmak można również z powodzeniem zagotować w słoikach na zimę. Jabłka nadają się też doskonale jako nadzienie do kołocza i innych słodkich wypieków. Gospodynie wytwarzają znakomite soki oraz kompoty z jabłek pokrojonych w ćwiartki lub jako całe owoce zalane słodkim syropem.

Pieczki na Wilijo

Płonki to drobne, kwaskowate jabłka pochodzące z dzikich odmian jabłoni. Dodawano je kiedyś w całości do beczek z kiszoną kapustą. Dzięki nim kapusta zyskiwała niepowtarzalny smak i aromat, a same ukiszone jabłuszka uchodziły za nie lada przysmak. Innym maszketym były jabłka pieczone na ognisku. Wystarczyło nabić owoce na zaostrzony patyk i piec nad ogniem, aż zmiękły. Jabłka krojono też w ćwiartki i razem z gruszkami i śliwkami suszono w ciepłym piecu zaraz po wyjęciu z niego pecynków chleba. Tak powstawały pieczki, z których robiono tradycyjny kompot podawany do dziś podczas kolacji wigilijnej.

Kompot z pieczek. Fot. Anna Lerch-Wójcik
Kompot z pieczek. Fot. Anna Lerch-Wójcik

Na stole wigilijnym musi znaleźć się chleb oraz warzywa i owoce z własnego ogródka i pola, takie jak: ziemniak, marchewka, pietruszka, burak, cebula, czosnek, jabłko, orzechy laskowe i włoskie.

Żilej – dowód na śląską oszczędność

W myśl zasady, że „nic nie może się zmarnować”, gospodynie podczas przetwarzania jabłek wykorzystywały nawet ich skórki, wiedząc jednocześnie, że to w nich znajdują się dobroczynne pektyny i inne wartościowe składniki. Skórki z najbardziej dorodnych i aromatycznych jabłek obierano, suszono i przechowywano na zimę do zaparzania i picia jako herbatkę owocową. Dziewczyny nieraz prześcigały się, która obierze najdłuższą, nieprzerwaną łoszkrabine, czyli ostrużynę. Ze skórek i gniazd nasiennych robiono też słodki gęsty nektar – żilej.

Dowiedź się więcej z artykułów:

Kompot z rabarbru
Kompot z pieczek
Oberiba i blumenkol, czyli warzywa i dania sezonowe
Kołocz - najbardziej śląskie ciasto
Chodzyni z kołoczym, czyli śląski zwyczaj przedweselny